W transporcie drogowym nie trzeba spektakularnych awarii, by firma zaczęła się sypać. Czasem wystarczy coś znacznie mniej widowiskowego, ale o wiele bardziej podstępnego – zaniżone stawki, które powoli i konsekwentnie wysysają rentowność z przedsiębiorstwa.
Dziś rynek jest brutalny dla tych, którzy liczą „na oko”. A jeszcze brutalniejszy dla tych, którzy biorą każdy fracht tylko po to, żeby „auto nie stało”. W rzeczywistości takie myślenie jest szybkim biletem w jedną stronę – w kierunku spirali zadłużenia.
Auto jeżdżące poniżej kosztów nie zarabia. Ono generuje dług.
To zdanie powinno wisieć nad każdym biurkiem spedytora i właściciela firmy transportowej.
Każdy dzień, każda trasa, każda zaniżona stawka – to nie „minimalny zarobek”, ale konkretna strata, która rośnie tak samo konsekwentnie jak przebieg na liczniku.
Niestety wciąż wielu przewoźników liczy tylko paliwo i to, „co zostanie”.
Problem w tym, że zostaje coraz mniej, bo realne koszty funkcjonowania firmy to nie tylko ON i wynagrodzenie kierowcy.
Transport to precyzyjna układanka, w której:
- puste kilometry,
- czas pracy kierowcy,
- amortyzacja taboru,
- serwis, opony i części eksploatacyjne,
- koszty nieplanowane,
…grają równie ważną rolę jak samo spalanie.
Rynek premiuje tych, którzy liczą jak inżynier – nie jak hazardzista
Kto wierzy, że „jakoś to będzie”, szybko zderza się z rzeczywistością.
Firmy, które przetrwają, to nie te, które łapią każdy fracht, ale te, które rozumieją matematyczny model własnego biznesu.
Nowoczesny przewoźnik to nie romantyk szos. To strateg, który zna koszt każdego kilometra i potrafi policzyć opłacalność zlecenia zanim kluczki trafią do stacyjki.
To właśnie dlatego coraz wyraźniej widać podział w branży:
- na tych, którzy prowadzą firmę w oparciu o dane i kalkulacje,
- oraz na tych, którzy prowadzą… na wyczucie.
Pierwszych rynek nagradza.
Drugich – powoli eliminuje.
Zaniżone stawki nie są szansą. Są zagrożeniem
Przewoźnik, który akceptuje stawki poniżej kosztów, nie „wygrywa konkurencyjnością”.
On sponsoruje zleceniodawców kosztem własnej płynności.
A rachunek za taką strategię przychodzi zawsze, tylko z opóźnieniem.
W tej branży przetrwają ci, którzy potrafią powiedzieć „nie”.
Ci, którzy nie zaniżają wartości swojej pracy.
I ci, którzy rozumieją, że wolne auto kosztuje mniej niż auto, które generuje stratę.
Policz, zanim wyruszysz
Transport to biznes. Biznes to liczby.
A liczby nie mają sentymentów.
Jeżeli stawki nie pokrywają:
- pełnych kosztów kilometrowych,
- marży,
- rezerwy na nieplanowane wydatki,
…to takie zlecenie nie jest „troszkę słabsze”. Ono jest toksyczne dla firmy.
Branża transportowa stoi dziś przed wyborem: liczyć jak inżynier albo ryzykować jak hazardzista. Tylko jedna z tych dróg prowadzi do stabilności i rozwoju.
Dodaj komentarz